red. Janusz Janyst
Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

III Konferencja KSD

red. Janusz Janyst

Sztuka wolna czy swawolna?camera

Moje krótkie wystąpienie dotyczyć będzie sztuki. Wyszedłem z założenia, że i tej - ważnej przecież w naszym życiu - dziedzinie warto poświecić na naszej konferencji uwagę. Jako punkt wyjścia a zarazem ...punkt dojścia tego, co powiem, traktuję twierdzenie, że wolność - także właśnie wolność w sztuce - nie jest nieograniczona, nie jest bezwzględna. Taki pogląd towarzyszył zresztą dziejom myśli ludzkiej i dopiero dziś sytuacja wyraźnie się pod tym względem zmieniła.
Na początek parę cytatów, swobodnie zresztą dobranych.
Musimy być niewolnikami praw, abyśmy byli wolni - twierdził Cyceron.
Tylko głupcy nazywają swawolę wolnością - pisał Tacyt.
Duszą wolności jest rozum - konstatował Gottfried Wilhelm Leibniz.
Wolność to zdolność do samodyscypliny - był zdania Georges Clemenceau.

Wolność to dobra rzecz, dlatego trzeba bardzo uważać, ażeby nikt nie brał jej sobie za wiele -przestrzegał Henryk Mann.
Sztuka żyje z przymusu a umiera od wolności - dowodził André Gide.
Każde życie w społeczeństwie wyznacza granice wolności - konkludował Józef Bocheński.
Przez wiele stuleci twórcy w sposób racjonalny korzystali z wolności. Malowali obrazy, rzeźbili, komponowali utwory muzyczne i powoływali do życia wszelkie inne formy artystyczne kierując się przede wszystkim ideałem piękna, dążąc do strukturalnej doskonałości swych dzieł, do pełnej harmonii formy i treści przekazu, mającego najczęściej charakter semantyczny. Nawiązywali do Platońskiej triady: piękna, dobra i prawdy, integrując pierwiastki estetyczne, etyczne i poznawcze.
Czy dziś też tak jest? Niestety, nie. Nie trzeba być specjalnie wnikliwym obserwatorem otaczającej nas rzeczywistości, by zauważyć, że coś dziwnego dzieje się ze sztuką, że w znacznym stopniu oderwała się ona od swych aksjologicznych korzeni, od przyświecających jej przez wieki ideałów, że w skrajnych przypadkach osiągnęła wręcz status sztuki upodlonej i zwyrodniałej.
Żyjemy obecnie w kulturowej epoce postmodernizmu, absolutyzującej wolność. Przestają obowiązywać hierarchie wartości, regułą staje się brak reguł. Artystom obce jest przekonanie o doniosłości pełnionej przez nich misji. Odwrót od XX-wiecznej awangardy w sztuce pociągnął za sobą daleko idącą swobodę w wyborze postawy. Obserwować można wielość używanych języków, stylistyczne rozproszenie, dowolne zestawianie kodów zaczerpniętych z artystycznego dziedzictwa i ludyczny przeważnie stosunek autorów do tradycji. Rozluźnieniu struktur gatunkowych towarzyszy komercjalizacja twórczości, zacieranie się różnic pomiędzy nurtami sztuki wysokiej i popularnej oraz - co godne ubolewania - coraz częstsza, a już właściwie nagminna, estetyzacja przemocy i okrucieństwa w przekazach wizualnych.
Pozytywne, wychowawcze oddziaływanie sztuki bywa z wielu powodów problematyczne m.in. dlatego, że charakteryzujący ją stan ideowego i gatunkowego pomieszania oraz brak nadbudowy metafizycznej (mówi się, że żyjemy w pierwszej - historycznie rzecz ujmując - formacji kulturowej bez „przedłużenia" metafizycznego) przyczyniają się do dezorientacji i zagubienia odbiorców. Te zjawiska mogą też prowadzić, i prowadzą, do upowszechnienia się postaw hedonizmu, wybujałego konsumpcjonizmu, moralnego wszechprzyzwolenia oraz „radosnego nihilizmu".
Można przy okazji zauważyć, że coraz trudniejsze jest w związku z powyższym pytanie, jaką strategię ma obrać pedagogika. Czy wychowywać przede wszystkim dla wolności - niewątpliwie fetyszyzowanej - czy też raczej, jak było kiedyś, dla prawdy? Czy alternatywnym rozwiązaniem dla swoistej pedagogiki względności, postulowanej przez niektórych myślicieli postmodernistycznych, i mającej odbicie w dziedzinie artystycznej, ma stać się znów pedagogika takich czy innych ograniczeń? Zapewne tak - skłonni bylibyśmy w tym gronie odpowiedzieć, chcąc wyraźnie stanąć w opozycji wobec popularnego nie tak dawno w Polsce hasła „róbta co chceta", przyjmowanego niemal jak credo nie tylko przez młodzież, ale najwyraźniej i przez artystów.
Pozwolę sobie przypomnieć, że podstawowym zadaniem sztuki dawniejszej było zachwycać, wzruszać, niekiedy też wstrząsać. Takie elementy pojęciowe zawiera znana Tatarkiewiczowska definicja dzieła sztuki (jest ono odtworzeniem rzeczy, bądź konstrukcją form, bądź wyrażeniem przeżycia, jednakże tylko takim odtworzeniem, taką konstrukcją, takim wyrażeniem przeżycia, które zdolne jest zachwycać, wzruszać lub wstrząsać).
Aby osiągnąć cel twórca - gdy kreował dzieło - maksymalnie precyzował jego strukturę i nadawał utworowi logiczną, zamkniętą formę. Odbiorca natomiast kształcony był estetycznie w taki sposób, by potrafił świadomie ujmować całości - percypować formę, współgrać z ekspresją dzieła i odczytywać sens przesłania. Jednak gdy Umberto Eco - ogłaszając swe prace - „uniósł wieko" dzieła sztuki, okazało się nagle, że nie ma tam całości, lecz są jedynie luki przeznaczone do wypełnienia wyobraźnią odbiorcy, do szeroko pojętego „dookreślania" - jakby powiedział Ingarden. Ta cecha nabrała szczególnej ostrości w dobie obecnej kultury medialnej. Jej atrybutem stała się wieloznaczność i nieokreśloność właśnie. Dziś autor sam nawet niejednokrotnie nie wie, co właściwie chce nadawać. Każdy estetyczny komunikat jest i tak tylko jednym z wielu w niezmierzonym oceanie różności. Ocean ten pochłania również dawne dzieła. Media, pośrednicząc w komunikacji, fragmentaryzują i autonomizują materiał. Poszczególne sekwencje komunikatu artystycznego bywają tak krótkie i szybkie, że trudno układać z nich narracyjne sensy. Są to raczej impulsy produkowane i rozpraszane z intencją, by mogły się do czegoś przydać jako budulec. U młodzieży nowa percepcja kształtowana jest notabene bardzo wcześnie przez należące do kultury masowej gry komputerowe, reklamy i wideoklipy. Te ostatnie odznaczają się swoistą „migotliwością", dużym tempem „akcji", są realizowane wedle zasady łączenia wszystkiego ze wszystkim (niektórzy traktują nawet wideoklip jako model eklektycznej estetyki postmodernistycznej). Ów utrwalony już powszechnie sposób percepcji przypomina - jak gdyby - szybki przejazd autostradą pośród tysięcy świateł i banerów. Nic dziwnego, że nie ma w nim czasu na skupienie i kontemplację.
Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej w charakterystycznej dla medialnej rzeczywistości sztuce interaktywnej, gdzie autor odstępuje od ciągłej narracji dostarczając jedynie materiału do wytworzenia przedmiotu percepcji. Medialne „dzieła" stykają się ze sobą, nakładają na siebie, mieszają z nie-dziełami (reklamą, hałasem), są cytatami z cytatów. W świecie tym dawno już zapomniano, które wartości są wyższe, a które nie, zresztą wyższych wartości mało kto szuka. Związane z tym przeobrażenia w psychice powodują, że jako nudne oceniane jest wszystko to, co wiąże się z bardziej tradycyjną estetyką. Postmodernistyczny pluralizm implikuje zarazem odchodzenie w przeszłość niegdysiejszego dominowania jednego gustu nad innym, jednej formy wypowiedzi artystycznej nad drugą. Zdaje się nawet mijać powoli dominacja świata artystów nad światem odbiorców, jako że wolność postmodernistyczna nie toleruje jakiejkolwiek hierarchii.
Postmodernizm, nastawiona na komercję tandetna pop kultura oraz ekspansywna kultura medialna nie są zatem sprzymierzeńcami historycznie ukształtowanych norm estetycznych, ideałów poznawczych i moralnych. Triada Platońska zdezaktualizowała się, nawet samo piękno przestało być dla artystów interesujące. Piękne może być przecież wszystko (jak twierdził Andy Warhol) albo też nic. Do miana dzieła sztuki może pretendować cokolwiek, na co tylko artysta zechce łaskawie wskazać (impuls początkowy w dziedzinie tzw. ready-mades dał Marcel Duchamp, wystawiając w 1916 roku w Nowym Jorku jako obiekt artystyczny pisuar - pardon, w tym momencie panie zapewne nie bardzo wiedzą, o co chodzi). Kicz wkroczył do wszystkich obszarów sztuki, stał się z jednej strony świadomie eksploatowanym środkiem wypowiedzi, z drugiej zaś - plagą komercyjnej rzeczywistości audiowizualnej. Eksponowane są też, niestety, zwykłe śmieci. A chodzi w tym wypadku najczęściej o to, aby tzw. normalnego, niezdeprawowanego estetycznie widza za wszelką cenę zaszokować, by wywołać już nie tyle brany pod uwagę przez Tatarkiewicza, konstruktywny wstrząs zmierzający do katharsis, ile raczej brutalny, niszczycielski szok budzący wstręt i temu podobne reakcje. Jak pisał w jednym ze swych esejów Stanisław Lem: nie ma już obecnie żadnych, ale to żadnych granic, żadnych hamulców, jakie artysta mógłby odczuwać albo przynajmniej brać pod uwagę, wybierając się na spotkanie z publicznością. Nie ma takiego świństwa, takiego obrzydlistwa, takiej smrodliwej wymiociny, której by nie umieszczano na wystawach, nie reprodukowano i nie zachwycano się nią, jeśli nie autentycznie, to udając, nieco tylko krytyczny, podziw. Doszło już do takiej licytacji brudów, że każda odmiana turpizmu uzyskuje znawców i piedestał.
Ja oszczędzę państwu konkretnych przykładów artystycznych, a należałoby raczej powiedzieć - pseudoartystycznych ekscesów, w jakie obfituje sztuka współczesna, w tym także rodzima. Mam ich w zanadrzu długą listę a jej prezentacja mogłaby być nader pikantną częścią mego wystąpienia. Nawet w Łodzi mieliśmy, na przykład, wernisaż pewnego nikomu raczej nie znanego malarza, który przedstawił płótna z kiepsko namalowaną pod względem warsztatowym, obsesyjną, szczególnie wulgarną pornografią. Istotnym elementem jego prowokacji było to, że wystąpił przebrany za księdza - w sutannie i koloratce.
Na początku wydanej ostatnio książki Koniec sztuki jej autor, ceniony krytyk amerykański Donald Kuspit opisuje zdarzenie w gruncie rzeczy humorystyczne. W pewnej nowojorskiej galerii sumienna sprzątaczka powyrzucała pozostawione na parapecie okiennym niedopałki, plastikowe kubki z resztami kawy, papierki od cukierków, butelki po piwie, zużyte pędzle oraz rozrzucone na podłodze gazety. I co się okazało? Że była to, wyceniona w dolarach liczbą sześciocyfrową i będąca centralnym punktem wystawy, instalacja popularnego i kosztownego artysty brytyjskiego Damiena Hirsta. Czy doszliśmy do granic absurdu?
Artystyczna (w istocie paraartystyczna) hochsztaplerka, pseudoartystyczne ekscesy i wybryki zdarzają się dziś w różnych dziedzinach sztuki - nie tylko w plastyce, ale także w muzyce (np. satanistycznej, o czym była mowa bodaj na poprzedniej konferencji), w teatrze czy filmie. Często mają te poczynania charakter antyreligijny - a należałoby powiedzieć dokładniej - antychrześcijański. Są, jako forma publicznej aktywności, daleko już posuniętą swawolą myślenia i działania. Taka swawolna, nierzadko bluźniercza „sztuka" - trzeba to od razu zauważyć - czuje się dobrze i nie wydaje się specjalnie niczym zagrożona. Czy istnieją więc - a jeśli tak, to gdzie są umiejscowione - granice kompromisu i tolerancji wobec obrażania nie tylko poczucia piękna, dobrego smaku, ale i zwykłej przyzwoitości? Wobec podważania podstawowych norm moralnych i kwestionowania prawdy. Granice te nie są, bo nie mogą być, precyzyjnie wyznaczone w sensie prawnym. Ale powinno je określać w praktyce samo społeczeństwo, winny one wynikać z wykształcenia, poczucia estetycznego ludzi, ich etyki, wychowania patriotycznego, z respektowanych wartości, przyjętych postaw ideowych, z kultury rozumianej w tym najwłaściwszym dla mnie sensie jako stan subiektywny, polegający na zmyśle krytycznym, smaku, wysubtelnieniu uczuć, myśli, zdolności rozumowania. W najbardziej drastycznych przypadkach burzenia ładu moralnego należałoby sięgać po środki represyjne. Jeśli jednak one zawodzą - jak w wypadku uniewinnionej niedawno przez sąd Doroty Nieznalskiej, której bezczelnie profanująca Krzyż instalacja uznana została za przejaw twórczej wolności nieobrażającej uczuć religijnych - wówczas jest już zupełnie źle.
Ksiądz Józef Tischner w jednym z esejów pomieszczonych w Etyce solidarności pisał, że wolność jest tam, gdzie są człowiekowi zdane pewne wartości, pomiędzy którymi trzeba wybrać - jedne odsunąć, inne uznać i urzeczywistnić. Tworzenie artystyczne zawsze jest wyborem w świecie wartości. Bo chodzi o to, by tworzone piękno było prawdziwym pięknem oraz dobrym pięknem.
I tu z pewnością na żadne kompromisy iść nie należy. Również w pracy dziennikarza, redagującego i rozpowszechniającego treści medialne dotyczące omawianych powyżej spraw, również w pracy komentującego artystyczne fakty publicysty.

Copyright © 2017. All Rights Reserved.