Historia wydarzyła się naprawdę. Ta pani mieszkała w Łodzi, pośród tysięcy innych kobiet. Nagle, jak to nieraz w życiu bywa, zwaliły się całą falą nieszczęścia.
Zmartwienia związane z dziećmi, bieda, liche mieszkanie, rozpad rodziny, choroba. Diagnoza lekarzy zabrzmiała jak wyrok: sclerosis multiplex. Choroba nieubłagana, stopniowo pozbawiająca władzy w kończynach, wiodąca ku kalectwie i śmierci. W czarnej dziurze smutku pozostała jedynie modlitwa. I wtedy pośród beznadziei zapaliło się światło. Niezwykły sen: Matka Boża z Częstochowy zaprasza do siebie. Ale czy warto przywiązywać wagę do snów? Po wielu wahaniach decyzja wyjazdu. Znalazły się pieniądze na bilet. Ktoś pomógł poruszającej się o kulach kobiecie wsiąść do pociągu. Ktoś pomógł dotrzeć na Jasną Górę. Ale jak przedostać się poprzez tłumy przed Obraz? Usiadła daleko w przedsionku. I znów modlitwa, ekstaza, wyłączenie. Nagle z daleka, z miejsca gdzie błyszczą królewskie szaty dobiega promień światła. Świetlista Postać zaprasza do siebie, przynagla. Chora, najpierw z niedowierzaniem patrzy, a potem zrywa się i rusza w kierunku Obrazu. Z hałasem odpadają kule, o których zapomniała, serce wypełnia uczucie niewypowiedzianego szczęścia. Wszyscy wokół patrzą zaskoczeni, zdają sobie sprawę, że obok nich dzieje się coś niezwykłego. Podobne zaskoczenie maluje się później na twarzach lekarzy, którzy przeprowadzali badania po powrocie z pielgrzymki. Kule zostały jako wotum w kaplicy. Minęły lata dziękczynienia i świadectwa. Teraz świetlista Pani z jasnogórskiej Ikony przybywa do nas, do Łodzi, do łódzkiego Kościoła. Przychodzi niosąc na ręku swojego Syna. Czy ma nam coś do zaofiarowania? Mnie, Tobie, nam wszystkim? Jak Ją przywitamy? Czy czegoś od Niej potrzebujemy? Czy Nawiedzenie i nam przyniesie upragnione dary?
| « poprzednia | następna » |
|---|






