Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

start Polecane Publikacje polecane Adam Sosnowski - Moher czy liberał? Kim naprawdę jest papież Franciszek?

Adam Sosnowski - Moher czy liberał? Kim naprawdę jest papież Franciszek?

Papież Franciszek kocha gejów, woli ateistów od wierzących katolików. Zniesie celibat, dopuści kobiety do kapłaństwa. Usankcjonuje rozwody i poprowadzi Kościół całkowicie na lewą i liberalną stronę.
Takie wrażenie można odnieść czytając doniesienia różnych, bo wcale nie tylko tych nastawionych antyklerykalnie, mediów. Gesty i wypowiedzi Ojca Świętego próbuje się wykorzystać, aby przedstawić go jako człowieka liberalnego i „otwartego”, który niejako sam dostrzega zaściankowość katolicyzmu i pragnie to zmienić. I choć papież Franciszek rzeczywiście wprowadzi (i już wprowadził) wiele zmian, to dotyczą one sfery zarządzania Kościołem i jakości kontaktów w hierarchii kościelnej, w żadnym wypadku zaś wykładni teologicznej Kościoła katolickiego czy jego dogmatów. Mimo to nie ma dnia bez różnorakich manipulacji jego wypowiedzi.

Papież nie chodzi w różowej sutannie

Przyjrzyjmy się na przykład kwestii gejów, która w mediach odbiła się chyba najszerszym echem z powodu wywiadu, którego Ojciec Święty udzielił dziennikarzom w samolocie, wracając ze Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. Nazajutrz media trąbiły, że Franciszek stwierdził, iż „homoseksualiści nie powinni być osądzani i marginalizowani” („Wyborcza”) i że w tej sprawie Franciszek „jest dużo bardziej ugodowy” niż Benedykt XVI (Reuters). Mogliśmy się nawet dowiedzieć, że według papieża homoseksualizm to nie grzech („Super Express”).

Zamiast jednak skupiać się na pojedynczych zdaniach, warto przytoczyć całą wypowiedź Ojca Świętego:
Tyle się pisze o lobby gejów w Watykanie, ale ja dopiero muszę znaleźć kogoś, kto na swoim watykańskim dowodzie osobistym ma wypisane słowo „gej”. Mówią, że w Watykanie są homoseksualiści. Ale ja uważam, że kiedy spotykamy się z człowiekiem homoseksualnym, musimy rozróżnić, czy mamy do czynienia z gejem, czy przedstawicielem jakiegoś lobby, ponieważ lobby nie są dobre. Są złe. Jeżeli ktoś jest gejem, ale dobrym człowiekiem i szuka Boga, to kim ja jestem, żeby go osądzać? Katechizm Kościoła Katolickiego tłumaczy to w przepiękny sposób, mówiąc, że wobec tych osób powinno się unikać oznak niesłusznej dyskryminacji. Problemem nie jest to, że ktoś ma takie skłonności. Nie. Wszyscy musimy być braćmi. Problem jest inny, mianowicie kiedy ci z tymi skłonnościami tworzą lobby, podobnie jak lobby chciwców, polityków czy masonów. To jest dla mnie najbardziej poważny problem.

W XXI w. zawsze powinniśmy pamiętać o jednej, podstawowej zasadzie: tekst bez kontekstu to pretekst. Wyrywając pojedyncze zdania z tej złożonej wypowiedzi papieża, można by odnieść wrażenie, że faktycznie szykuje on rewolucyjne zmiany. Patrząc na całość, widzimy jednak, że Franciszek propaguje ten sam pogląd, co jego poprzednicy i jest w stu procentach zgodny z oficjalną nauką Świętego Kościoła Rzymskiego. Katechizm odnosi się do problemu homoseksualizmu w paragrafach 2357-2359. Obecnie obowiązująca forma została zatwierdzona w 1992 r., czyli za pontyfikatu Jana Pawła II – a Benedykt XVI nie uważał za konieczne, aby to zmieniać. Zaś Franciszek dodał, że Katechizm w „przepiękny” sposób mówi o tym zagadnieniu. W Katechizmie możemy zaś przeczytać, że każdy katolik osoby homoseksualne powinien traktować „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakiejkolwiek niesłusznej dyskryminacji. Osoby te [czyli homoseksualiści – przyp. red.] są wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu i – jeśli są chrześcijanami – do złączenia z ofiarą krzyża Pana trudności, jakie mogą napotykać z powodu swojej kondycji”. Papież Franciszek powiedział więc to samo, miejscami nawet dosłownie cytując Katechizm. Potrzeba naprawdę złej woli, by dokonywać interpretacji lobbujących zjawisko homoseksualizmu.

Ojciec Święty ponadto słusznie zwrócił uwagę, że problemem (a nie grzechem) nie jest sama skłonność homoseksualna, lecz jej praktyka. Także tutaj panuje pełna zgodność z wykładnią Kościoła. Katechizm mówi: „Osoby homoseksualne są wezwane do czystości. Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one – stopniowo i zdecydowanie – do doskonałości chrześcijańskiej”. Papież Franciszek wskazał na końcu również, że należy się zdecydowanie przeciwstawiać zorganizowanemu promowaniu homoseksualizmu („lobby”). Papież uważa to zagrożenie za równie niebezpieczne, jak lobby masońskie. O tym natomiast już nigdzie media nie wspomniały.
Często stosowaną przez media taktyką jest także przeciwstawianie Franciszka jego poprzednikom czy innym, rzekomo zacofanym biskupom. Jednak to także jest manipulacją. Kiedy w 2000 r. środowiska gejowskie zorganizowały manifestację w czasie obchodów Roku Jubileuszowego, Ojciec Święty Jan Paweł II ubolewał nad faktem, że czynią to po to, aby obrazić wartości chrześcijańskie i przypomniał katolikom zacytowany przed chwilą fragment Katechizmu. Podobna była reakcja Kurii Metropolitalnej w Poznaniu, kiedy w stolicy Wielkopolski zorganizowano „marsz równości” w 2006 r.: „Stanowczo sprzeciwiamy się organizowaniu marszu, który pod pozorem tolerancji i równości – skądinąd koniecznej dla wszystkich osób niesprawiedliwie dyskryminowanych w życiu społecznym – będzie także publicznym promowaniem homoseksualizmu. Czymś innym jest przyjmowanie do wiadomości, że zło istnieje, a czymś innym akceptowanie zła, a zwłaszcza jego legalizacja. Czyny homoseksualne stanowią zaś poważny nieład moralny i kłócą się z naturalną koncepcją rodziny. Tak zwane marsze tolerancji mają zazwyczaj za zadanie nie tyle troskę o osobę ludzką, ile raczej wywarcie presji na opinię publiczną w celu zyskania akceptacji społecznej i poparcia politycznego dla praktyk homoseksualnych”.

Biskupi poznańscy powiedzieli dokładnie to samo, co siedem lat później miał powiedzieć papież Franciszek. Zresztą nie jest to niczym niezwykłym; wręcz przeciwnie, dziwić może jedynie tych, którzy kompletnie nie znają nauki i dogmatów Kościoła katolickiego. Przypomnijmy także, że Kongregacja Nauki Wiary wystosowała w 1986 r. list do biskupów katolickich, w którym wytłumaczone jest stanowisko Kościoła w sprawie homoseksualizmu. Ten list podpisał kard. Joseph Ratzinger, czyli późniejszy papież Benedykt XVI. Patrząc więc na całość od drugiej strony, wypada powiedzieć, że papież Franciszek nic nowego nie wniósł w tej kwestii. Nawet bardzo często przytaczana wypowiedź „Kim ja jestem, żeby go osądzać” w żaden sposób nie jest rewolucyjna. Taka postawa była rewolucyjna 2000 lat temu, kiedy Chrystus według niej nauczał lud. Natomiast fakt, że nie powinniśmy kogoś osądzać, nie oznacza wcale, że nie wolno nam oceniać, czy jakiś czyn jest dobry, czy zły. Nie wolno nam jedynie z tego powodu żywić negatywnych odczuć wobec bliźniego.
Żeby jednak głębiej ocenić pogląd papieża Franciszka na kwestię homoseksualizmu, warto przyjrzeć się jeszcze innym przykładom. W 2010 r., jako metropolita Buenos Aires, aktywnie zwalczał forsowane przez lewicową prezydent Argentyny, Cristinę Fernandez de Kirchner, prawo w sprawie tzw. małżeństw par homoseksualnych i adopcji przez nie dzieci. Powiedział dosłownie, że takie prawo jest „próbą zniszczenia Boskiego planu”. Adopcję dzieci przez gejów uważa za „dyskryminację” wobec tych dzieci. Zaś dwa tygodnie po objęciu urzędu papieskiego ekskomunikował australijskiego ks. Reynoldsa, który nie tylko jest gejem, ale także propaguje pomysł kapłaństwa kobiet. Papież mógł go jedynie odsunąć z urzędu (jak np. abp Hoser ks. Lemańskiego) czy wykluczyć ze stanu kapłańskiego, ale zdecydował się na najsroższą karę, jaką może zastosować głowa Kościoła katolickiego.

Przepraszam, czy Pani jest księdzem?

Należy w tym przypadku podkreślić, że chodziło nie tylko o homoseksualizm Reynoldsa, ale także o jego walkę o święcenia kapłańskie dla kobiet. W mediach przeczytamy bowiem również, że papież Franciszek rozważa tę kwestię. I wcale nie okazują się tutaj pomocni niektórzy biskupi niemieccy (np. abp Zollitsch podczas obrad Episkopatu niemieckiego czy abp Thissen), którzy tuż po wyborze Franciszka publicznie wyrażali przekonanie, że kobiety powinny zostać dopuszczone do diakonatu. Niemieckojęzyczne środowiska protestanckie (sic!) zbierają nawet podpisy pod petycją, aby kobiety zrobić kardynałami. Zaś liczne, aczkolwiek nie katolickie, gazety usiłują przekonać nas, że przecież pierwsi chrześcijanie mieli kapłanki i dopiero walki frakcyjne wewnątrz Kościoła przeforsowały kapłaństwo mężczyzn, aby ugruntować dominującą pozycję płci męskiej w społeczeństwie.

Już na pierwszy rzut oka widać, że takie teorie nasiąknięte współczesną myślą feministyczną nijak mają się do rzeczywistości. Żeby rozważać to zagadnienie, należy najpierw zrozumieć, czym są święcenia kapłańskie w Kościele katolickim. Składają się one bowiem z trzech stopni: diakonatu, prezbiteratu i episkopatu. Zaś kiedy zazwyczaj mówi się o „święceniach kapłańskich”, ma się na myśli prezbiterat, czyli „normalnego księdza”. Przed prezbiteratem młody mężczyzna jest jednak diakonem, co również daje mu już niektóre uprawnienia sakramentalne, na przykład może udzielać chrztu. Jest zasada, że kiedy diakon uczestniczy w Mszy św., to odczytuje Ewangelię, nawet jeżeli głównym celebransem jest papież. Niemniej jego głównym zadaniem jest wspieranie prezbitera, a więc „normalnego księdza”. Ostatnim stopniem święceń kapłańskich jest episkopat, czyli święcenia biskupie. Tylko biskupi mają prawo udzielać sakramentu bierzmowania.
I tak w pierwszych wiekach w Kościele faktycznie działały diakonisy, ale nie były one odpowiednikami męskich diakonów. Nie otrzymywały także święceń i nie sprawowały żadnych funkcji przy ołtarzu. Ich zadania były zbliżone do tych, które dzisiaj podejmują siostry zakonne. Trzeba jednak jeszcze raz podkreślić: nigdy w historii Kościoła kobiety nie otrzymywały święceń kapłańskich żadnego z trzech stopni.
Ojciec Święty Franciszek oczywiście dokładnie zdaje sobie z tego sprawę i jego rzekoma przychylność w tej kwestii jest jedynie bańką medialną. Zresztą poruszył również ten temat, i to bardzo dosadnie: „W sprawie kapłaństwa kobiet Kościół wypowiedział się jednoznacznie: nie! Te drzwi są zamknięte. Powiedział to Jan Paweł II i powiedział to w sposób ostateczny”. A co powiedział Jan Paweł II w tym temacie? „Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne” (List apostolski „Ordinatio Sacerdotalis”, 2 maja 1994). Nie wiem, czy jest jakiś sposób, by wyrazić to jaśniej.

Media bardzo chętnie cytują biskupów wypowiadających się za święceniami diakonatu dla kobiet (co również jest ważne: żaden hierarcha katolicki nie domaga i nie domagał się święceń prezbiteratu dla kobiet), czemu jednak nie dopuszczają do głosu tych, którzy mają odmienne zdanie – zresztą jest ich przytłaczająca większość. Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, szwajcarski abp Gerhard Ludwig Müller stwierdził jednoznacznie: „Kobiety w Kościele katolickim nie zostaną dopuszczone do święceń prezbiteratu czy diakonatu. Nie chodzi tutaj o warunki postawione przez Kościół, ale o wolę i powołanie Chrystusa. Proszę o to, aby w tego typu dyskusjach zaniechać ideologicznej polemiki”.

Czy celibat to dogmat?


Kard. Tarcisio Bertone ustępuje z funkcji watykańskiego sekretarza stanu, a jego miejsce zajmie włoski abp Pietro Parolin. Tradycyjnie papieże obsadzają na tym urzędzie człowieka zaufanego, gdyż przekładając to stanowisko na świeckie realia, można by powiedzieć, że kardynał sekretarz stanu jest osobą numer 2 w Kościele, tuż za papieżem. Nic dziwnego więc, że media zainteresowały się abp. Parolinem, który do tej pory był papieskim nuncjuszem w Wenezueli. W wywiadzie dla wenezuelskiego dziennika „El Universal” abp Parolin stwierdził rzekomo, że celibat to przeżytek. I tak w naszych mediach mogliśmy przeczytać, że „nowy sekretarz stanu szokuje”, gdyż celibat „to temat otwarty” („Wprost”).

Warto jednak sprawdzić, co abp Parolin rzeczywiście w tym wywiadzie powiedział. Dziennikarz spytał hierarchę, czy to prawda, że istnieją dwa rodzaje dogmatów, na co abp Parolin odpowiedział: „Oczywiście. Są dogmaty ustanowione i nienaruszalne”. Dziennikarz: „Ale nie celibat…” Abp Parolin: „Nie jest dogmatem Kościoła i można o nim dyskutować, ponieważ jest tradycją Kościoła. Należy jednak wziąć pod uwagę pracę, którą Kościół włożył w ustanowienie i wprowadzenie w życie celibatu. Nie możemy po prostu powiedzieć, że celibat należy do przeszłości. Jest to wielkim wyzwaniem dla papieża, ponieważ to on sprawuje posługę na rzecz jedności i wszystkie decyzje musi podejmować tak, aby Kościół zjednoczyć, a nie rozdzielić. Możemy więc rozmawiać, rozmyślać czy pogłębiać te sprawy, które nie są ostateczne i możemy myśleć o pewnych modyfikacjach, ale zawsze musimy pamiętać o jedności Kościoła i działać zgodnie z Bożą wolą”.
Czy abp Parolin powiedział cokolwiek nowego? Zupełnie nic. Te informacje mogą być „szokujące” tylko dla tych, którzy nie znają podstaw wiary katolickiej. Celibat nie jest dogmatem i zresztą nigdy nie był. Choć historycy dzisiaj uważają, że celibat pochodzi już z czasów apostolskich, to został on usankcjonowany na początku IV w., kiedy nakazano kapłanom żyć wstrzemięźliwe (aczkolwiek nie zabroniono jeszcze małżeństwa). Jednak celibat nie jest dogmatem, czyli zagadnieniem, które jest pewne i nie podlega żadnej dyskusji, tak jak na przykład przeistoczenie (w tej kwestii przykładowo katolicyzm różni się od nurtów protestanckich). A skoro nie jest dogmatem, to można o nim rozmawiać. I tyle powiedział abp Parolin. Pójdę nawet o krok dalej i zszokuję media jeszcze bardziej: w Kościele katolickim jeszcze dzisiaj są księża, którzy mają żony. Zazwyczaj są to księża innych konfesji (najczęściej anglikanie), których religia nie zabraniała małżeństwa kapłanów, ale którzy w późniejszym etapie swojego życia dokonali konwersji na katolicyzm. Mocą specjalnej dyspensy papieskiej od celibatu dalej są księżmi katolickimi i pozostają w swoim małżeństwie.

Ponadto należy pamiętać, że o tym mówił nie papież, lecz przyszły sekretarz stanu i to w wywiadzie dla lokalnego dziennika. Nie w taki sposób Kościół komunikuje czy decyduje o nadchodzących zmianach. Poza tym znamy stanowisko papieża Franciszka w sprawie celibatu. Jeszcze będąc metropolitą Buenos Aires powiedział: „Gdyby Kościół miał zmienić swoje zdanie o celibacie, to nie z braku kapłanów. Nie uważam też, że celibat stoi na przeszkodzie tym, którzy chcą zostać kapłanami. Gdyby więc Kościół, teoretycznie, miał zmienić swoje zdanie, to stałoby się to z powodów kulturowych, jak na przykład na Wschodzie, gdzie żonaci mężczyźni mogą zostać wyświęceni. Tam, w określonym czasie i określonej kulturze, utarł się taki zwyczaj i tak pozostaje do dziś. Naprawdę muszę podkreślić, że gdyby Kościół miał zmienić swoje zdanie, to tylko dlatego, żeby sprostać kulturowemu problemowi w danym miejscu. Nie miałoby to charakteru globalnego i nie byłoby też decyzją jednostki. Ja sam podzielam zdanie Benedykta XVI, który uważa, że celibat powinien dalej obowiązywać. Jaki to będzie miało wpływ na nowe powołania kapłańskie? Nie jestem przekonany, że zniesienie celibatu pomogłoby przyciągnąć więcej osób do kapłaństwa”.

Media zatem ponownie próbują stworzyć konflikt między Benedyktem XVI a Franciszkiem, ale, jak widzimy, obaj mają w tej sprawie to samo zdanie. Co więcej, także Jan Paweł II stwierdził, że problemu braku powołań w żadnym przypadku nie wolno próbować rozwiązać zniesieniem celibatu.

Między sumieniem a wiarą


Jak gdyby nie wystarczyło przekrętów medialnych ze stron tradycyjnie antyklerykalnych, to papież – przynajmniej w Polsce – musiał ścierpieć równie wiele krytyki od mediów katolickich. Najwięcej gromów spadło na Franciszka za jego dialog z ateistami, który został uznany za niegodny i zbyt łagodny wobec niewierzących. Ci komentatorzy zdają się jednak zapominać, kim jest papież i jaką ma funkcję. Przypominam więc, że jest Namiestnikiem Chrystusa i to Jezus jest dla niego najwyższym wzorem, nie redaktorzy. Chrystus zaś w trakcie swojej ziemskiej posługi nie szedł po linii najmniejszego oporu i nie zadawał się z pięknymi i bogatymi ówczesnego świata. Wręcz przeciwnie, chodził do biednych, nieprzekonanych, wątpiących i szukających, chorych i wykluczonych. Rozmawiał przecież także z celnikami, którzy byli najbardziej znienawidzeni w ówczesnym społeczeństwie. A Jezus nie tylko z nimi rozmawiał, ale jednego z nich, św. Mateusza, uczynił jednym z Dwunastu. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego Franciszek nie miałby rozmawiać z ateistami. A najbardziej wszystkich katolików poruszyła chyba kwestia listu i rozmowy z Eugenio Scalfarim, twórcą lewicowego dziennika włoskiego „La Repubblica”. Scalfari jest zdeklarowanym ateistą i wysłał list otwarty do papieża. Niespodziewanie papież nań odpowiedział, chcąc nawiązać otwarty i serdeczny dialog. Poznaliśmy Ojca Świętego Franciszka już chyba na tyle, że taka postawa nie powinna nas dziwić. I nie ma w niej także nic złego.
Złe są natomiast, po raz kolejny, interpretacje słów papieża o rzekomym zbawieniu dla ateistów. Sama „La Repubblica” zatytułowała odpowiedź papieża całkiem adekwatnie: „Papież Franciszek odpowiada nam: ‘Otwarty dialog z niewierzącymi’”. W brytyjskim „The Independent” mogliśmy już za to przeczytać: „Papież Franciszek zapewnia ateistów: ‘Nie musicie wierzyć w Boga, aby pójść do nieba’”. Zaś na jednym z protestanckich blogów internetowych można było zobaczyć taki idiotyczny nagłówek: „Papież deklaruje, że człowiek może zbawić samego siebie”. Dodam raz jeszcze, że wszystkie te tytuły powstały na podstawie tego samego listu papieskiego.
Czy papież naprawdę napisał, że można doznać zbawienia nie wierząc w Boga? Oczywiście, że nie, ponieważ byłoby to zaprzeczeniem całej wiary katolickiej. Równie oczywisty jest fakt, że w polskich mediach całego listu próżno byłoby szukać. Jak zwykle, cytowane są półzdanka, nawet w Internecie, w którym teoretycznie jest miejsce na wszystko. Podstawą do rozważań o zbawieniu ateistów stał się ten fragment papieskiego listu: „Pyta Pan, czy Bóg przebaczy tym, którzy nie wierzą i nie szukają wiary. Biorąc pod uwagę – a to ma zasadnicze znaczenie – że Miłosierdzie Boże nie ma granic, to ci, którzy proszą o to miłosierdzie ze skruchą i szczerym sercem, ale nie wierzą w Boga, powinni żyć w zgodzie ze swoim sumieniem. Wsłuchać się w głos swojego sumienia i pójść za nim oznacza bowiem decydować o tym, co się postrzega za dobre i złe”. Niewierzących papież Franciszek nawołuje zatem do tego, aby działali w zgodzie z własnym sumieniem, gdyż to może pomóc rozstrzygnąć między tym, co dobre, a tym, co złe. Nic więcej. Także to nie jest niczym nowym, ponieważ jest powtórzeniem postanowień konstytucji dogmatycznej „Lumen gentium” (rozdział II, KK 16) Soboru Watykańskiego II, w opracowanie której swój aktywny wkład włożył kard. Karol Wojtyła, czyli późniejszy papież Jan Paweł II. Ponownie mamy więc do czynienia nie ze złamaniem tradycji czy postanowień Kościoła, ale z kontynuacją nauki posoborowej.

Papież Franciszek poszedł jednak o krok dalej i nie tylko odpisał na list ateiście Scalfariemu, ale także udzielił mu audiencji, czego efektem był wywiad we włoskim dzienniku. Po nim „Fronda” alarmowała, żeby papież już lepiej nie udzielał wywiadów. Ja natomiast całą rozmowę ateisty z Ojcem Świętym przeczytałem z radością, aczkolwiek mnożą się głosy, że tłumaczenia (oryginał był po włosku) są dosyć niepoprawne i zmieniają wypowiedzi papieża w określonym kierunku. Niemniej jednak także z funkcjonujących przekładów widać, że papież cały czas sprawnie i z właściwą mu delikatnością tłumaczy niewierzącemu podstawy wiary katolickiej. Najwięcej kontrowersji wzbudził początek rozmowy, kiedy Scalfari pyta papieża, czy ten będzie chciał go nawrócić. Franciszek odpowiada: „Prozelityzm to całkowity bezsens i nie ma żadnego celu. Musimy się poznać, wzajemnie się słuchać i poprawić wiedzę o otaczającym nas świecie”. Można się domyśleć, że media od razu to podchwyciły i uznały, że papież akceptuje niewierzących i stawia ich na równi z wierzącymi. Wynika to jednak tylko i wyłącznie z tego faktu, że dziennikarze nie znają różnicy między prozelityzmem a ewangelizacją.

Kiedy kilka miesięcy temu biskup Antoni Dydycz zaprosił nas do Drohiczyna, spytałem go, jak nawraca liczne osoby prawosławne na terenie swojej diecezji. Biskup uśmiechnął się tylko i powiedział, że prozelityzmem niczego nie wskóramy. Katolik własną postawą i przykładem powinien innym pokazywać właściwą drogę. Tak powinniśmy rozumieć misyjny charakter chrześcijaństwa. Ta postawa bp. Dydycza jest właśnie ewangelizacją i podobnie ujął to papież Franciszek. Zresztą jeszcze w czerwcu tego roku Ojciec Święty Franciszek na synodzie biskupów powiedział: „Przekazanie chrześcijańskiej wiary jest celem nowej ewangelizacji i całej ewangelizacyjnej misji Kościoła, który powstał dla tego właśnie powodu. Ponadto wyraz ‘nowa ewangelizacja’ wskazuje jasno, że również kraje ze starą tradycją chrześcijańską potrzebują nowego głoszenia Ewangelii, aby ponownie spotkać się z Chrystusem w taki sposób, który nie jest powierzchowny, ale naprawdę zmienia życie”. Ta wypowiedź Franciszka nie przebiła się jednak do mediów. A kto dzisiaj jeszcze pamięta jedne z pierwszych słów Ojca Świętego, który w dzień po wyborze grzmiał: „Kto nie modli się do Pana, modli się do diabła!”?
Prozelityzm jest nawracaniem na siłę, któremu papież Franciszek jak i wszyscy inni hierarchowie się przeciwstawia. Zresztą strach nie jest trwałym fundamentem żadnej relacji. Fundamentem chrześcijaństwa jest miłość. To także papież Franciszek podkreśla w wywiadzie dla dziennika „La Repubblica”, mówiąc: „Agape to miłość do innych, której uczył nas Pan. To nie jest prozelityzm. To jest miłość. Miłość wobec bliźniego, czyli postawa, która przyczynia się do powszechnego dobra”. Kluczowy jest dla mnie jednak inny moment tej rozmowy, kiedy papież mówi o łasce i stwierdza, że nawet jego rozmówca, nie wiedząc o tym, może być dotknięty przez Bożą łaską. „Ja? Niewierzący?” – dziwi się dziennikarz. „Łaska dotyka duszy” – odpowiada mu papież. „Ale ja nie wierzę w duszę” – broni się dziennikarz-ateista. „Nie wierzysz w nią, ale i tak ją posiadasz” – kończy Ojciec Święty Franciszek.

Prawdziwe oblicze Ojca Świętego

Na koniec tej długiej analizy chciałbym jeszcze przytoczyć wypowiedzi papieża, które nie ukazały się w największych polskich gazetach czy telewizjach, gdyż nie pasowały do ogólnego przekazu. Niemniej pokazują one bardzo wyraźnie poglądy Franciszka na niektóre delikatne tematy, które dla liberalnych mediów są kluczowe. Na przykład w szeroko wałkowanej kwestii aborcji Ojciec Święty mówi stanowczo: „Moralny problem aborcji jest przedreligijny i osadzony w samej naturze, ponieważ kod genetyczny osoby tworzy się w chwili poczęcia. Człowiek wówczas już jest. Odłączam problem aborcji od jakiejkolwiek religii. To zagadnienie naukowe. Nie pozwolić na rozwój człowiekowi, który już istnieje, jest nieetyczne. Prawo do życia jest pierwszym z praw człowieka. Aborcja jest morderstwem człowieka, który nie jest w stanie się sam obronić”. W innym miejscu Ojciec Święty dodaje: „Nie możemy zajmować się tylko aborcją, małżeństwami homoseksualnymi czy środkami antykoncepcyjnymi. Tak się nie da. Wiele o tym rozmawiałem i zrobiono mi z tego powodu wyrzuty. Ale kiedy o tym mówię, należy zwrócić uwagę na kontekst. Zresztą znane jest stanowisko Kościoła w tej sprawie, a ja jestem synem Kościoła”.
Kolejne „zaściankowe” zagadnienie, w którym papież ukazuje „moherową” postawę. Tak Ojciec Święty mówi o patriotyzmie: „Obraz Kościoła, który mi się podoba, jest ten świętego narodu Bożego. Przy tej okazji często podpieram się definicją konstytucji soborowej ‘Lumen gentium’. Przynależność do danego narodu ma wielką teologiczną wartość. W historii zbawienia Bóg zbawił jeden naród. Nie istnieje pełna tożsamość bez przynależenia do narodu. Nikt nie zostaje zbawiony sam, jako odosobniona jednostka. Bóg bierze nas do siebie i przygląda się zawiłym konstrukcjom międzyludzkich relacji, które mają miejsce w społeczeństwie. Bóg wkracza w tę dynamikę narodu”.
Takich wypowiedzi Ojca Świętego można przywołać bardzo, bardzo dużo. Wystarczyłoby nawet śledzić tylko jego codzienne, krótkie homilie wygłaszane podczas porannych Mszy św. w kaplicy Domu św. Marty. Papież mówi wówczas pięknie o Kościele i roli oraz obowiązkach ludzi wierzących. Żeby zatem nie przeciągać tekstu w nieskończoność, chciałem zakończyć go wypowiedzią papieża na inny, bardzo popularny temat, czyli katolicy a polityka. Co papież Franciszek o tym sądzi?

„Zaangażowanie się w politykę jest obowiązkiem chrześcijanina. My, chrześcijanie, nie możemy postępować jak Piłat i umywać rąk, nie możemy tego zrobić. Musimy się mieszać do polityki, ponieważ polityka jest jedną z najwyższych form miłości bliźniego, gdyż szuka dobra wspólnego. Świeccy muszą się angażować w politykę. Odpowiadają mi wtedy, że to nie jest łatwe. Ale również nie jest łatwo zostać księdzem. Nie ma łatwych spraw w życiu, życie nie jest łatwe. Polityka to brudny biznes, ale zastanawiam się, dlaczego tak jest. Może dlatego, że chrześcijanie nie angażują się w duchu Ewangelii? Łatwo powiedzieć, że tamten jest winny, ale co robię ja? Zaangażowanie się w dobro wspólne jest obowiązkiem chrześcijanina i często drogą do tego jest polityka. Są inne drogi, można na przykład zostać nauczycielem. Ale działalność polityczna dla dobra wspólnego jest ważną drogą. To chyba jasne, prawda?”.

Jasne?

za miesiecznikiem WPiS http://e-wpis.pl/