Witamy serdecznie na stronie internetowej Oddziału Łódzkiego
Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Mamy nadzieję, że ułatwimy Państwu docieranie do rzetelnej informacji. Tutaj chcemy prezentować wielkość oraz problemy naszego Kościoła, zagadnienia społeczne, cywilizacyjne, publikacje członków Stowarzyszenia, stanowiska w ważnych kwestiach. Nie będziemy konkurować w informacjach bieżących z innymi portalami (niektóre z nich wskazujemy w odnośnikach), natomiast gorąco zapraszamy do lektury wszystkich tekstów - ich aktualność znacznie przekracza czas prezentacji na stronie głównej. Zachęcamy do korzystania z odnośników: "Publikacje" i "Polecane". Mamy nadzieję na stały rozwój strony dzięki aktywnej współpracy użytkowników. Z góry dziękujemy za materiały, uwagi, propozycje.
Prosimy kierować je na adres: lodz@katolickie.media.pl

Polecane

Jan Gać - Tysiąc lat Królestwa Polskiego

- IV–

Gnieźnieńskie pamiątki

Gniezno to nie tylko katedra. Ażeby zagłębić się w najdawniejsze dzieje grodu, warto podjąć wędrówkę po mieście dla zaznajomienia się z jego topografią. Ukształtowanie terenu, na którym rozsiadło się miasto, stanowi ważny element przy próbie zrozumienia pierwotnego osadnictwa. 
Okazuje się, że piastowskie Gniezno zostało zlokalizowane bardzo przemyślnie

. Zajmowało starannie wybrane trzy wzgórza o stromych skarpach z natury obronne: Wzgórze Lecha, Wzgórze Panieńskie i Wzgórze Świętojańskie. Każde z nich obrzeżały od zachodu wody dwóch jezior, Jelonka i Świętego. 
Przez wieki pierwotne środowisko naturalne uległo zasadniczym zmianom, raz że powierzchnia obu jezior znacznie się skurczyła, przez co Jezioro Święte prawie zanikło, to znów obszar miasta od XIX wieku przechodził proces intensywnego zasiedlania, co sprawiło, że zwarta zabudowa zatarła pierwotne walory osadnicze. 
O tym, jak bardzo wzgórza nadawały się do zlokalizowania w ich obrębie piastowskich grodów, można sobie wyobrazić na podstawie makiety w Muzeum Początków Państwa Polskiego, świetnie opracowanej na podstawie badań terenowych, archeologicznych i źródłowych.

Wzgórze Lecha zajmowało sporą połać wzgórza w kształcie półwyspu, w sposób naturalny odciętego głębokim parowem od lądu stałego. Ten głęboki rów mógł pierwotnie być wypełniony wodą na podobieństwo fosy. Jak bardzo był głęboki, możemy doświadczyć jeszcze obecnie, wystarczy przejść kilkaset kroków za szereg dawnych domków kanoników katedralnych i z krawędzi skarpy spojrzeć w dół. Dnem głębokiej doliny biegną tam dwie ulice, Seminaryjna i św. Wojciecha. Stromizna w tym miejscu jest bardzo trudna do sforsowania. Wzgórze to miało charakter kościelny. Stały tam aż trzy świątynie, katedra i romański kościół św. Jerzego. Trzeci kościół znajdujący się obok, św. Stanisława, też romański, nie zachował się. Pozostały po nim zarysy fundamentów, do niedawna jeszcze widoczne na powierzchni, obecnie pokryte murawą.

Wzgórze Panieńskie, nieco wyższe od Wzgórza Lecha, zostało zajęte przez właściwy gród, na miejscu którego znajduje się obecnie rynek otoczony klasycystycznymi kamienicami z XIX wieku. Postawiono je tam w trakcie odbudowy miasta po straszliwym pożarze, który w roku 1819 strawił prawie doszczętnie gnieźnieńską starówkę. To tu, na miejscu właściwego grodu, w średniowieczu zajętego przez kupców, rzemieślników i innych wyrobników, również stanęły trzy kolejne kościoły. Najstarszym jest franciszkański. Ufundował go książę kaliski Bolesław Pobożny, a roboty ukończył Przemysł II. Książę, który otrzymał koronę królewską w 1295 roku, sprowadził do miasta ubogie panny ze wspólnoty św. Klary i ulokował mniszki w założonym przez siebie w 1284 roku niewielkim klasztorku, który przylegał do franciszkańskiego.

W tym klasztorze w 1298 roku zakończyła swój przykładny żywot wdowa po Bolesławie Pobożnym, Jolenta Helena, córka Beli IV z Węgier i Marii Laskaris, cesarzówny bizantyńskiej. W roku 1827 księżna została zaliczona w poczet błogosławionych, zaś jej szczątki złożono w relikwiarzu w stylu z Limoges, ustawionym w ołtarzu bocznej kaplicy, stanowiącej pierwotnie oratorium mniszek.

Warto w tym miejscu zatrzymać się na moment i rozważyć ciekawe zjawisko z zakresu duchowości polskiego średniowiecza. Był to czas, kiedy wiele wysoko urodzonych niewiast gardziło zaszczytami dworskimi, wolało ukryć się w zaciszu klasztornym i w izolacji od świata pędzić za murami pobożny żywot w prostocie, w ubóstwie i w wyrzeczeniach pod surową regułą klarysek. Jolenta, najmłodsza spośród ośmiu córek węgierskich monarchów, wpisuje się w ten niezwykły poczet księżniczek-mniszek, które na ziemiach polskich znalazły nową ojczyznę, bo tu wychodziły za mąż, tu też dostępowały świętości. Na Wawel trafiła w orszaku swej starszej o piętnaście lat siostry Kingi, wydanej za mąż za Bolesława Wstydliwego. Niemal przez nią przymuszona do rezygnacji z młodzieńczych marzeń o pozostaniu w stanie dziewiczym, została szybko przez siostrę wydana za mąż za księcia kaliskiego, Bolesława Pobożnego. Zdążyła urodzić mu trzy córki, krótko po tym małżonek jej zmarł. Pozwoliło to powrócić owdowiałej Jolenice do młodzieńczych zamiarów usunięcia się ze świata. Zamknęła się w klasztorze klarysek w Starym Sączu pod okiem swej starszej siostry Kingi, która w tym przypadku już nie robiła siostrze żadnych przeszkód. Córkami Jolenty zaopiekował się bratanek zmarłego męża, Przemysł II, jedyny prawny Piastowicz do dziedziczenia po nim ziemi kaliskiej. Tłum u klarysek w Starym Sączu musiał być zaiste gęsty, skoro oprócz Kingi i Jolenty zamieszkała tam ich siostra Konstancja, wdowa po Lwie, królu na Haliczu. Niebawem dołączyła do nich jeszcze jedna ich siostra, Gryfina, wdowa po Leszku Czarnym. Z przepełnionego książęcym rodzeństwem Starego Sącza wyprowadziła się jako pierwsza Jolenta, zabrała ze sobą gromadkę zakonnic i osiadła w Wielkopolsce, gdzie założyła w Śremie mały klasztorek. To stamtąd sprowadził ją do Gniezna Przemysł II do ufundowanego przez siebie klasztoru dla ubogich panien. Powodowana duchem pokory, Jolenta odmówiła przyjęcia godności ksieni, wolała jako prosta zakonnica ćwiczyć się w postach i modlitwach, poświęcając czas ubogim, chorym, wykluczonym.

W prześwicie odchodzącej od rynku krótkiej uliczki widnieje sylwetka gotyckiego kościoła Świętej Trójcy wzniesionego w XV wieku z charakterystycznym barokowym hełmem na szczycie. Na wiek XV datuje się również gotycki kościół św. Michała na Wzgórzu Zbarskim, lokowany poza głównym pasem gnieźnieńskich murów obronnych, co za nieszczęście – rozebranych przez Prusaków w XIX wieku jako nieprzystające do nowych czasów.

Wreszcie trzecie wzgórze, Grzybowo, popularnie zwane Świętojańskim od stojącego tam kościoła św. Jana Chrzciciela, od poprzednich wzgórz również oddziela go głęboka dolina. Po schodach za plecami klasztoru franciszkańskiego schodzi się na samo jej dno, by zaraz podjąć stamtąd wspinaczkę pod górę. Zamieszczona tablica informuje, że do tego wąwozu zeszli po tych schodach w roku 2000 prezydenci Polski, Czech, Słowacji i Węgier oraz kanclerz Niemiec, by wspólnie zasadzić tam dąb dla upamiętnienia tysiąclecia Zjazdu Gnieźnieńskiego. Kościół św. Jana Chrzciciela został wzniesiony w połowie XIV wieku po tym, jak Krzyżacy po napadzie na Gniezno w roku 1331 spalili sporą część miasta. Spłonął

wtedy stojący na tym miejscu starszy kościół z fundacji Bolesława Pobożnego i Przemysła II przeznaczony dla Bożogrobców.

Średniowieczna Polska była zwolniona przez papieży z obowiązku uczestniczenia w wyprawach krzyżowych do Palestyny, jako że u jej granic ciągle jeszcze trwali w swym pogaństwie Pomorzanie, Prusowie, Jadźwingowie, Litwini i to ich w pierwszej kolejności należało włączyć do wspólnoty ludu chrześcijańskiego, a nie walczyć z muzułmanami w obcych krajach daleko za morzami. Nie znaczy to, by w krucjatach nie uczestniczyli okazjonalnie polscy rycerze, jak ów Jaksa z Miechowa, który po powrocie do kraju w 1162 roku sprowadził z Ziemi Świętej kilku strażników Grobu Bożego i osiedlił ich na swojej ziemi w Miechowie. Stamtąd owi zakonni rycerze rozchodzili się po całym kraju. Już w 1179 roku kilku z nich sprowadził do Gniezna kanonik Przecław, a w 1243 roku książęta Bolesław Pobożny i Przemysł II ufundowali dla zakonnych rycerzy kościół i dom mieszkalny, powierzając im opiekę nad chorymi z pobliskiego szpitala.

Z powodu polichromii kościół zasługuje na uwagę. Malowidła, zostały położone na gołych ścianach bez warstwy tynku, w to miejsce zaledwie pociągniętych wapienną powłoką. Na takim podkładzie malunki wzruszają prostotą i sprawiają, jakby niewyraźne postaci wyłaniały się z zaświatów. Z żagielków między żebrowaniem sklepienia wodzą za nami dużymi, czarnymi oczami jacyś ludzie, przez znawców przedmiotu identyfikowani jako królowie i prorocy Starego Testamentu. W ich obliczach, w sposobie noszenia się, w uczesaniu, w nakryciu głów - to jakby portrety ówczesnych ludzi, tak mężczyzn jak i kobiet. Wyobraźnię poruszają sceny narracyjne, jak piękna scena koronacji Matki Bożej czy ścięcie Jan Chrzciciela, patrona kościoła Bożogrobców. W innej scenie Maryja swoim płaszczem otula ciżbę ludzi, wydaje się że mnichów-rycerzy, bo jeden z nich dzierży znak rozpoznawczy zakonu – krzyż o podwójnej belce poprzecznej.

W stanie rozpoznawalnym zachowały się wykute na wspornikach pod żebrowaniem miniaturowe scenki, z braku miejsca skondensowane do wymiaru symboli, które nam niewiele dziś mówią, za to w owych odległych czasach, kiedy symbol urastał do rangi tekstu, mogły być łatwiej odczytane. Widzimy pelikana karmiącego swą krwią z piersi własne pisklęta, rozpoznajemy gęś i lisa, jakieś głowy nakryte spiczastymi czapkami. I bogactwo roślinnych motywów.

W jednym przypadku udało się zidentyfikować św. Menasa z dwoma wielbłądami. Menas to postać egzotyczna w polskiej twórczości artystycznej, w okresie średniowiecza zupełnie nieznana, wszak to rzymski oficer z Egiptu zamęczony podczas prześladowań za Dioklecjana, bohater z licznych ikon koptyjskich, także współczesnych. Cóż on tu robi, w odległym Gnieźnie? Tym bardziej z wielbłądami? Wielbłądy, jakie pojawiają się w ikonografii Menasa, nawiązują do zdarzenia, kiedy to ciało zamęczonego transportowano przez pustynię na grzbiecie zwierzęcia do Aleksandrii. Na pustyni w Wadi Natrum wielbłąd nagle stanął i ani rusz dalej. Poganiacze rozpoznali w tym znaku życzenie męczennika, który najwidoczniej upodobał sobie to miejsce w pustynnych piaskach i tam zechciał być pochowany. Na grobie postawiono jakiś obiekt w formie martyrium, który z czasem dało początek wielkiemu klasztorowi Abu Mena, od starożytności chrześcijańskich tłumnie odwiedzanego aż po dziś dzień. Oto kolejny przyczynek do uświadomienia sobie związków Polski doby piastowskiej z najdalszymi nawet krańcami świata chrześcijańskiego.

(29.X.2025)

Copyright © 2017. All Rights Reserved.